Bibelocik
Juliusz Tyszka, portal teatralny.pl

Atmosferę mamy przedpołudniowo-niedzielną, w poznańskim Teatrze Animacji jest mnóstwo dzieci w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym. Jest też dużo mamuś, ale i sporo tatusiów. W pierwszym rzędzie zasiada nawet jeden tatuś z irokezem na głowie.

Usadawianie się, moszczenie się, przesiadanie się, nagłe, paniczne ucieczki do ubikacji, żeby zdążyć przed spektaklem – wszystko to mieści się w przedpołudniowo-niedzielnej teatralnej normie. Niektórzy z ciekawością spoglądają nawet na scenę, która tym razem nie jest oddzielona od nas kurtyną. Po jej prawej stronie stoi biurko z wytapetowanymi na jego płaskiej, dostępnej naszym oczom ściance obrazkami, które przedstawiają rozmaite rodzaje klawiatur.

Dwukrotnie rozbrzmiewa spokojna, cicha melodia, a po niej rozlega się dźwięczny odgłos dzwonka. Dzieci pytają rodziców, czy to już, mamy zwierzają się sąsiadkom ze swej radości z możliwości spędzenia z dzieckiem czasu w teatrze, co jest odmianą. Tata obok też się cieszy i mówi o tym głośno synkowi.

Dobiegający nas z głośników głos męski, ostrzegający przed „komórkowaniem”, nieuprawnionym fotografowaniem itp. ma dziś formę ogłoszenia biurowego i wprowadza nas harmonijnie w świat Pana Tobiasza, który jest księgowym. Za chwilę osobiście zasiądzie za opisanym tu już biurkiem, przybierając formę niepozornej lalki, która animowana jest przez dwóch aktorów ubranych w czarne kubraki oraz takiegoż koloru spodnie, sięgające jednak tylko do kolan, uzupełnione czarnymi kolanówkami. Dodajmy, że w taki właśnie dyskretny, nawiązujący do tradycji czarnego teatru kostium będą ubrani wszyscy pozostali aktorzy i aktorki występujący w tym przedstawieniu.

Potem sceniczne wypadki nabierają oszałamiającego tempa – księgowy Tobiasz wylicza, podlicza, spuszcza w dół biurka, do specjalnego pojemnika (a może do kosza?) coraz większe ilości papierów, na tylnej ścianie przelatują coraz szybciej rzucane tam z projektora daty rodem ze ściennego kalendarza typu „przeżyj dzień i wydrzyj kartkę” (z dobrymi radami, rocznicami, przysłowiami, przepisami kulinarnymi itp.). No i w końcu Pan Tobiasz, po wędrówce przez teren wypełniony drzewami, na których zamiast liści wiszą małe książki, zjeżdża gdzieś w nieznany bliżej dół po kartach wielkiej księgi, lądując w pięknej bibliotece. Równo ułożone grzbiety książek kreują jej ciemnożółto-brązowy, miły dla oka koloryt.

To, co się działo dalej w spektaklu Pan Tobiasz i książki, było wizualnie wysmakowane, całkiem nieźle zilustrowane muzycznie, tyle że niezbyt zrozumiałe dla zasiadających w Teatrze Animacji 17 września 2017 roku, o godzinie 11.00 młodych widzów w wieku (tak na oko) od trzech do ośmiu lat. Mając w pamięci ważną informację, że przedstawienie to powstało z inspiracji animowanym filmem Williama Joyce'a i Brandona Oldenburga "The Fantastic Flying Books of Mr. Morris Lessmore", zastanawiałem się cały czas, czy nie lepiej byłoby tę historię opowiedzieć właśnie językiem animacji filmowej, a nie teatralnej. Poznański spektakl był bowiem prawie w stu procentach pozbawiony mówionego tekstu i działał na widzów właściwie tylko pięknymi obrazami oraz miłą dla ucha elektroniczną muzyką, dobrze „osłuchaną” przy różnych okazjach, głównie zresztą filmowych. Nie opowiadał przy tym zwartej fabularnie historii, był raczej serią impresji na temat relacji Pana Tobiasza z żywymi, czującymi, poruszającymi się na dwóch nogach i papierowych „skrzydłach”, komunikującymi się z nim na różne sposoby książkami, nie prezentując na koniec, w odróżnieniu od filmu Joyce'a i Oldenburga, chwytającej za serce i gardło puenty.

Być może te moje wątpliwości zrodziły się z faktu, że dzieci na widowni były za małe dla wychwycenia konwencji, w jakiej usiłował się z nimi komunikować teatralny zespół (jakże powszechne w polskich teatrach jest to niewybaczalne zjawisko!). Reakcje młodych widzów, które do mnie dochodziły, świadczyły bowiem jednoznacznie, iż dzieci nie bardzo wiedziały, co jest grane, choć w tej początkowej fazie spektaklu były niewątpliwie zainteresowane tym, co się działo na scenie. Pewna dziewczynka na przykład przed dłuższy czas oglądając książki obdarzone skrzydełkami oraz możliwością latania, utrzymywała uparcie i wytrwale, że to aniołki.

Te latające książki nie zawsze były w stanie wzbudzać zaufanie czy sympatię, momentami osaczały bohatera, fizycznie mu wręcz zagrażając. Trudno mi stwierdzić, czy dzieci na widowni były tym przestraszone, czy nie. Ja (lekko) byłem.

Dopiero gdy realizatorzy Pana Tobiasza i książek odeszli na chwilę od plastycznych impresji na temat znany z filmu, zaczął się naprawdę teatr. Myślę tu o sekwencji polegającej na tym, że aktorzy układali z pomocą Pana Tobiasza litery w różne wyrazy, bawiąc się kształtem liter, zamieniając na przykład „W” w „M” albo „N” w „Z”. Dzieci szybko zaakceptowały tę zabawę, sprawnie odczytując poszczególne wyrazy. Gdy na scenie pojawił się wyraz „mysz”, zabawa została teatralnie rozwinięta – natychmiast wpadł na scenę najzaciętszy mysi wróg, na którego kilkuczłonowym tułowiu uwieczniono, zgodnie z konwencją zaproponowaną dzieciom w tej scenie, wyraz „KOT”, łasząc się do jednego z aktorów, owijając się wokół jego nogi. Owe intermedium pozwoliło młodym widzom odzyskać traconą stopniowo koncentrację, której brak objawiał się rosnącym zniecierpliwieniem (po zakończeniu poszczególnych sekwencji spektaklu pytały rodziców, czy to już wreszcie koniec).

Warto jeszcze wspomnieć o zapożyczonej z filmu Joyce'a i Oldenburga scenie z fortepianową klawiaturą, w spektaklu odbijającą się jeszcze w umieszczonym ponad nią lustrze, o podjętej przez Pana Tobiasza niezbyt fortunnej próbie przekształcenia się z biuralisty w literata piszącego pięknym gęsim piórem i… o świecących tu i ówdzie na widowni bladym, lecz wyrazistym światłem, skrzętnie zasłanianych przez rodziców i dzieci ekranach smartfonów.

W końcu nastąpił wyczekiwany powszechnie finał: na front sceny opadła przezroczysta zasłona, za którą można było zobaczyć powiększone teraz, wciąż pięknie się prezentujące grzbiety książek. Rozbrzmiała skoczna melodia, w której takt uradowane dzieci zaczęły ochoczo klaskać, aktorzy i aktorki wynurzyli się z głębi sceny i zaczęli się pięknie kłaniać. Oklaski dość szybko jednak osłabły i przebrzmiały.

Gdy oglądałem nagrodzony Oskarem film Joyce'a i Oldenburga, zastanowiło mnie podejście jego autorów do książek. Nie odczułem bowiem, że chcą nam oni przekazać, iż w tych martwych przedmiotach kryje się tak naprawdę treść naszego życia oraz cudowne, choć daremne, z góry skazane na ambitną porażkę usiłowanie wytłumaczenia jego sensu i wszelkich tajemnic. Książki były tam dla mnie po prostu żywymi, ptakopodobnymi bytami, których zawartość mogła być dowolna, wręcz nieistotna albo nawet nieistniejąca. Dopiero opieka nad nimi oraz nad biblioteką, przypominającą ogromne ptasie schronisko, stała się pod koniec filmu treścią prawdziwej egzystencjalnej rozgrywki – gry z życiem, śmiercią i pamięcią, nawiązując powagą do początkowej sekwencji obrazującej totalną katastrofę.

Poznańska impresja zrealizowana w oparciu o motywy i obrazy zaczerpnięte z tego filmu nie dała mi nawet tej końcowej satysfakcji. Jest piękna wizualnie, urokliwa muzycznie i z pewnością jako „ładny teatralny bibelocik” spodoba się dzieciom. Tylko może trochę starszym niż te, które zasiadały na widowni Teatru Animacji w niedzielę, 17 września, o 11.00.

Data publikacji:
27.09.2017

Miejsce publikacji:
http://teatralny.pl/

Recenzowany spektakl:
PAN TOBIASZ I KSIĄŻKI

Bibelocik
Juliusz Tyszka, portal teatralny.pl

Atmosferę mamy przedpołudniowo-niedzielną, w poznańskim Teatrze Animacji jest mnóstwo dzieci w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym. Jest też dużo mamuś, ale i sporo tatusiów. W pierwszym rzędzie zasiada nawet jeden tatuś z irokezem na głowie.

Usadawianie się, moszczenie się, przesiadanie się, nagłe, paniczne ucieczki do ubikacji, żeby zdążyć przed spektaklem – wszystko to mieści się w przedpołudniowo-niedzielnej teatralnej normie. Niektórzy z ciekawością spoglądają nawet na scenę, która tym razem nie jest oddzielona od nas kurtyną. Po jej prawej stronie stoi biurko z wytapetowanymi na jego płaskiej, dostępnej naszym oczom ściance obrazkami, które przedstawiają rozmaite rodzaje klawiatur.

Dwukrotnie rozbrzmiewa spokojna, cicha melodia, a po niej rozlega się dźwięczny odgłos dzwonka. Dzieci pytają rodziców, czy to już, mamy zwierzają się sąsiadkom ze swej radości z możliwości spędzenia z dzieckiem czasu w teatrze, co jest odmianą. Tata obok też się cieszy i mówi o tym głośno synkowi.

Dobiegający nas z głośników głos męski, ostrzegający przed „komórkowaniem”, nieuprawnionym fotografowaniem itp. ma dziś formę ogłoszenia biurowego i wprowadza nas harmonijnie w świat Pana Tobiasza, który jest księgowym. Za chwilę osobiście zasiądzie za opisanym tu już biurkiem, przybierając formę niepozornej lalki, która animowana jest przez dwóch aktorów ubranych w czarne kubraki oraz takiegoż koloru spodnie, sięgające jednak tylko do kolan, uzupełnione czarnymi kolanówkami. Dodajmy, że w taki właśnie dyskretny, nawiązujący do tradycji czarnego teatru kostium będą ubrani wszyscy pozostali aktorzy i aktorki występujący w tym przedstawieniu.

Potem sceniczne wypadki nabierają oszałamiającego tempa – księgowy Tobiasz wylicza, podlicza, spuszcza w dół biurka, do specjalnego pojemnika (a może do kosza?) coraz większe ilości papierów, na tylnej ścianie przelatują coraz szybciej rzucane tam z projektora daty rodem ze ściennego kalendarza typu „przeżyj dzień i wydrzyj kartkę” (z dobrymi radami, rocznicami, przysłowiami, przepisami kulinarnymi itp.). No i w końcu Pan Tobiasz, po wędrówce przez teren wypełniony drzewami, na których zamiast liści wiszą małe książki, zjeżdża gdzieś w nieznany bliżej dół po kartach wielkiej księgi, lądując w pięknej bibliotece. Równo ułożone grzbiety książek kreują jej ciemnożółto-brązowy, miły dla oka koloryt.

To, co się działo dalej w spektaklu Pan Tobiasz i książki, było wizualnie wysmakowane, całkiem nieźle zilustrowane muzycznie, tyle że niezbyt zrozumiałe dla zasiadających w Teatrze Animacji 17 września 2017 roku, o godzinie 11.00 młodych widzów w wieku (tak na oko) od trzech do ośmiu lat. Mając w pamięci ważną informację, że przedstawienie to powstało z inspiracji animowanym filmem Williama Joyce'a i Brandona Oldenburga "The Fantastic Flying Books of Mr. Morris Lessmore", zastanawiałem się cały czas, czy nie lepiej byłoby tę historię opowiedzieć właśnie językiem animacji filmowej, a nie teatralnej. Poznański spektakl był bowiem prawie w stu procentach pozbawiony mówionego tekstu i działał na widzów właściwie tylko pięknymi obrazami oraz miłą dla ucha elektroniczną muzyką, dobrze „osłuchaną” przy różnych okazjach, głównie zresztą filmowych. Nie opowiadał przy tym zwartej fabularnie historii, był raczej serią impresji na temat relacji Pana Tobiasza z żywymi, czującymi, poruszającymi się na dwóch nogach i papierowych „skrzydłach”, komunikującymi się z nim na różne sposoby książkami, nie prezentując na koniec, w odróżnieniu od filmu Joyce'a i Oldenburga, chwytającej za serce i gardło puenty.

Być może te moje wątpliwości zrodziły się z faktu, że dzieci na widowni były za małe dla wychwycenia konwencji, w jakiej usiłował się z nimi komunikować teatralny zespół (jakże powszechne w polskich teatrach jest to niewybaczalne zjawisko!). Reakcje młodych widzów, które do mnie dochodziły, świadczyły bowiem jednoznacznie, iż dzieci nie bardzo wiedziały, co jest grane, choć w tej początkowej fazie spektaklu były niewątpliwie zainteresowane tym, co się działo na scenie. Pewna dziewczynka na przykład przed dłuższy czas oglądając książki obdarzone skrzydełkami oraz możliwością latania, utrzymywała uparcie i wytrwale, że to aniołki.

Te latające książki nie zawsze były w stanie wzbudzać zaufanie czy sympatię, momentami osaczały bohatera, fizycznie mu wręcz zagrażając. Trudno mi stwierdzić, czy dzieci na widowni były tym przestraszone, czy nie. Ja (lekko) byłem.

Dopiero gdy realizatorzy Pana Tobiasza i książek odeszli na chwilę od plastycznych impresji na temat znany z filmu, zaczął się naprawdę teatr. Myślę tu o sekwencji polegającej na tym, że aktorzy układali z pomocą Pana Tobiasza litery w różne wyrazy, bawiąc się kształtem liter, zamieniając na przykład „W” w „M” albo „N” w „Z”. Dzieci szybko zaakceptowały tę zabawę, sprawnie odczytując poszczególne wyrazy. Gdy na scenie pojawił się wyraz „mysz”, zabawa została teatralnie rozwinięta – natychmiast wpadł na scenę najzaciętszy mysi wróg, na którego kilkuczłonowym tułowiu uwieczniono, zgodnie z konwencją zaproponowaną dzieciom w tej scenie, wyraz „KOT”, łasząc się do jednego z aktorów, owijając się wokół jego nogi. Owe intermedium pozwoliło młodym widzom odzyskać traconą stopniowo koncentrację, której brak objawiał się rosnącym zniecierpliwieniem (po zakończeniu poszczególnych sekwencji spektaklu pytały rodziców, czy to już wreszcie koniec).

Warto jeszcze wspomnieć o zapożyczonej z filmu Joyce'a i Oldenburga scenie z fortepianową klawiaturą, w spektaklu odbijającą się jeszcze w umieszczonym ponad nią lustrze, o podjętej przez Pana Tobiasza niezbyt fortunnej próbie przekształcenia się z biuralisty w literata piszącego pięknym gęsim piórem i… o świecących tu i ówdzie na widowni bladym, lecz wyrazistym światłem, skrzętnie zasłanianych przez rodziców i dzieci ekranach smartfonów.

W końcu nastąpił wyczekiwany powszechnie finał: na front sceny opadła przezroczysta zasłona, za którą można było zobaczyć powiększone teraz, wciąż pięknie się prezentujące grzbiety książek. Rozbrzmiała skoczna melodia, w której takt uradowane dzieci zaczęły ochoczo klaskać, aktorzy i aktorki wynurzyli się z głębi sceny i zaczęli się pięknie kłaniać. Oklaski dość szybko jednak osłabły i przebrzmiały.

Gdy oglądałem nagrodzony Oskarem film Joyce'a i Oldenburga, zastanowiło mnie podejście jego autorów do książek. Nie odczułem bowiem, że chcą nam oni przekazać, iż w tych martwych przedmiotach kryje się tak naprawdę treść naszego życia oraz cudowne, choć daremne, z góry skazane na ambitną porażkę usiłowanie wytłumaczenia jego sensu i wszelkich tajemnic. Książki były tam dla mnie po prostu żywymi, ptakopodobnymi bytami, których zawartość mogła być dowolna, wręcz nieistotna albo nawet nieistniejąca. Dopiero opieka nad nimi oraz nad biblioteką, przypominającą ogromne ptasie schronisko, stała się pod koniec filmu treścią prawdziwej egzystencjalnej rozgrywki – gry z życiem, śmiercią i pamięcią, nawiązując powagą do początkowej sekwencji obrazującej totalną katastrofę.

Poznańska impresja zrealizowana w oparciu o motywy i obrazy zaczerpnięte z tego filmu nie dała mi nawet tej końcowej satysfakcji. Jest piękna wizualnie, urokliwa muzycznie i z pewnością jako „ładny teatralny bibelocik” spodoba się dzieciom. Tylko może trochę starszym niż te, które zasiadały na widowni Teatru Animacji w niedzielę, 17 września, o 11.00.

Data publikacji:
27.09.2017

Miejsce publikacji:
http://teatralny.pl/

Recenzowany spektakl:
PAN TOBIASZ I KSIĄŻKI

Spektakl niczym dobra książka
Maria Maczuga, kultura.poznan.pl

Premiera otwierająca nowy sezon w Teatrze Animacji wzbudziła ogromną ciekawość. Wszakże "Pan Tobiasz i książki" w reżyserii Ewy Piotrowskiej to spektakl niespotykany, bo powstał z inspiracji niemą, oscarową animacją "The Fantastic Flying Books of Mr. Morris Lessmore". Za twórcze odniesienie do pierwowzoru, dbałość o szczegóły oraz doskonały przekład języka filmu na język sceny przedstawienie zasługuje na nominację do Oscarów teatralnych.

Na scenie, zamiast niezliczonej ilości wypowiadanych zdań, wystarczyło kilka słów, żeby wprowadzić widzów w magiczny świat Pana Tobiasza. Opowieść snuje się, ale i wartko przyspiesza za sprawą żywiołowej - czasami wbrew prawu grawitacji - animacji niewielkiej lalki - tytułowego bohatera i niezliczonej ilości książek. Narrację świetnie dopełnia zmienna muzyka Macieja Kuśnierza. W uzyskaniu pełni animacji teatralnej niebagatelne znaczenie ma minimalistyczne wykorzystanie multimediów. Projekcje Jakuba Olega Wojciechowskiego stanowią zaledwie subtelne tło sceniczne. Wszystkie elementy starannie złożone w spójną całość umożliwiły odtworzenie filmowej historii.

Pan Tobiasz jest księgowym. Pochłania go praca w biurze rachunkowym. Z zapałem liczy, przelicza i kalkuluje. Aż pewnego razu podmuch wiatru porywa go do krainy pełnej ksiąg ze słowami, nie liczbami. Usypia nad książkami. Zadrukowanymi kartami okrywa się jak kołdrą. Budzik zastępuje mu poranny szelest stron. Poznaje tajemnice skrywane między okładkami. Sam zaczyna pisać.

Niemal całkowity brak słów w spektaklu sprawia, że pobudza wyobraźnię niczym dobra książka. Podobnie jak ona prowokuje, aby po wielokroć wracać i odnajdować kolejne sensy. Czyta się go w myślach, choć dzieciom zdarza się i na głos.

Mali widzowie nie mają żadnego problemu, żeby zanurzyć się w świecie odbiegającym od logiki rzeczywistości, ale też logiki spektakli, z którą najczęściej obcują w teatrze. Rozbawione odgadują sceniczne tropy. Wielka, dysząca księga, poruszająca się na wózku inwalidzkim, natychmiast zostaje bezbłędnie zdemaskowana jako stara księga. Spontanicznie, bez zwrotów czy gestów zachęty ze strony artystów, włączają się w interakcje. Głośno odczytują wyrazy układane z liter na scenie. Reagują śmiechem na dogłosy bzyczenia i pohukiwania, które muzycznie ilustrują widniejące słowa "osa" i "sowa".

Interesujące retro formy Juliji Skuratovej uzmysławiają młodym i dorosłym, że świat pożółkłych, szeleszczących stron, twardych okładek ze złotymi napisami i finezyjnie zdobionego liternictwa, za sprawą elektronicznych czytników powoli znika. Publiczność, ulegając wielkiemu urokowi płaskich niczym kartki książkowych bohaterów, regałom księgozbioru kryjącym niespodzianki czy książce zalotnie nęcącej nóżką, może jeszcze ocalić papierową literaturę.

Dorośli (spektakl zadowala nie tylko rodziców obserwujących reakcje dzieci) ze wzruszeniem odczytują metaforę życia. Pan Tobiasz z nieco szalonego młodzieńca, który entuzjastycznie reaguje tańcem na nowe odkrycia i doświadczenia, staje się poważnym mężczyzną świadomie piszącym własne losy. Czas sprawia, że ma coraz mniej wigoru i zmienia się w kontemplującego starca. Zamiana miejsc i funkcji między pozornie niewidocznymi animatorami, energicznym Igorem Fijałkowskim i dostojnym Piotrem Grabowskim, okazała się bardzo znacząca. Metafora życia splata się z zaskakującą metaforą śmierci, ale tą trzeba osobiście zobaczyć.

Premiera otwarcia sezonu wzbudziła ogromną ciekawość z jeszcze jednego powodu - to pierwszy spektakl zespołu pod dyrekcją Piotra Klimka. Przedstawienie z pewnością nie jest początkiem nowej księgi Teatru Animacji, lecz kolejnym rozdziałem. To kontynuacja ciekawych tematów ujętych w odmienne, autorskie stylistyki tworzone przez wspaniałych artystów.

Data publikacji:
18.09.2017

Miejsce publikacji:
http://kultura.poznan.pl/

Recenzowany spektakl:
PAN TOBIASZ I KSIĄŻKI

ZAPACHNIAŁO POWIEWEM JESIENI
Dorota Kuźniarska, portal Teatr dla Was

Jest ciepły, sobotni wieczór, gdy wychodzę z Teatru Animacji w Poznaniu. Robię pięć szybkich kroków i długi, głęboki wdech – tak, to już jesień. Rozglądam się dookoła, drzewa jeszcze trzymają kolor. Przyglądam się mijanym przechodniom, ubranym w lekkie kurtki albo swetry, dziewczynom w sandałach bez rajstop i chłopakom w przykrótkich spodniach. Chwila konsternacji – czy to jesień? Drugi wdech i trzeci – nie, chyba jeszcze nie.

„Pan Tobiasz i książki” – wyreżyserowany przez Ewę Piotrowską, ze scenografią Julii Skuratovej i muzyką Macieja Kuśnierza – to spektakl iście wrześniowy, w którego elementach czuć nadchodzącą powolnymi krokami jesień. Melancholijną i refleksyjną, co w człowieku zostaje na dłużej. Jak można przeczytać na stronie teatru, reżyserka tejże opowieści inspirowała się oscarową animacją „The Fantastic Flying Books of Mr. Morris Lessmore” (Oscary 2012 r.). I faktycznie, nawiązania nie sposób nie zauważyć. Wręcz przeciwnie, jeśli ktoś (podobnie jak ja) znał lub specjalnie na okoliczność przedstawienia obejrzał dzieło wyreżyserowane przez Brandona Oldenburga i Williama Joyce’a, to prawdopodobnie zadał sobie pytanie, czy realizacja Ewy Piotrowskiej to wynik silnej inspiracji, czy raczej jest to adaptacja? Krótkometrażowa animacja naprawdę urzeka, więc istniało duże prawdopodobieństwo, że i adaptacja trafiłaby do mojego serca. Oczekując zaś „spektaklu inspirowanego”, miałam nadzieję zobaczyć nowe wartości, a one nie zostały mi pokazane.

Godzina wybiła. Sala, jak przystało na przedstawienie dla najmniejszych widzów, wypełniona dziećmi. Po mojej prawej siedzi dziewczynka, z lewej chłopczyk z tatą. Z przodu trójka rodzeństwa próbuje zawładnąć uwagą rodziców, gdy wtem światło gaśnie. Pojawia się bohater i oczy dzieci wędrują ku niemu, moje również.

W samym rogu sceny, zza sterty bezładnych papierzysk, wychyla się animowana przez kilku aktorów lalka. Bardzo ładnie wykonana lalka stolikowa przedstawia młodego mężczyznę w okrągłych okularach i szaro-brunatnym kostiumie. To tytułowy pan Tobiasz, księgowy, całkowicie pochłonięty swoją pracą, ale też nieukrywanym znużeniem. Powtarzane przez niego jak w transie liczby i słowa (niektóre zapewne obce dzieciom) mają za zadanie, jak mniemam, wprowadzać widzów w podobny stan znużenia, dzięki czemu łatwiej poddają się przyjętej przez reżyserkę senno-lirycznej konwencji, w której utrzymana jest całość widowiska. Spektakl przedstawia nam zapracowanego człowieka – ten w magicznych okolicznościach przenosi się do świata latających książek, książek-dzieci i dam. Za pomocą mocy czytania uzdrawia inną postać, po czym zaczyna pisać własną opowieść.

W całej historii pada zaledwie kilka zdań, a nastrój buduje muzyka i światło (jak w jednej z początkowych scen, gdy nasz bohater wędruje między tańczącymi drzewami, których liście-kartki urokliwie migocą). Ewa Piotrowska prawie całkowicie rezygnuje ze słów, czym zmusza widza do bacznej obserwacji i samodzielnego szukania sensów w tym, co dzieje się na scenie (tekst pojawia się jeszcze na dłuższą chwilę za sprawą układających się w słowa liter, co uaktywnia zarówno dziecięcą, jak i dorosłą część widowni). Dodatkowo żywe i spontaniczne reakcje dzieci utwierdzają w przekonaniu, że pomysł się sprawdza.

Gdy słowa znikają, na plan pierwszy wypływa muzyka (Maciej Kuśnierz), która dynamicznie zmienia nastrój i nadaje rytm akcji, co całkiem dobrze się udaje. Dzięki temu widzowie mogą domyślać się uczuć, jakich właśnie doświadcza bohater. Pogodne dźwięki i monochromatyczna scenografia, którą wykreowała Julia Skuratova, tworzą tu koherentny duet. Niestety, początkowo wciągająca akcja rozwija się tylko do pewnego momentu, a potem długo opada nie osiągnąwszy swojego apogeum. Wynikiem tego dzieci zaczynają się nudzić i coraz częściej z widowni słyszymy znajome „ciiiii…”.

Poznański spektakl jest wizualnie przyjemny (pomimo iż ta estetyka nie jest mi szczególnie bliska), z ruchomą scenografią, która tutaj okazała się trafnym zabiegiem. Wspomniana wcześniej scena tańczących drzew czy bujające się półki z książkami w dalszych fragmentach przedstawienia wprowadzają dodatkowy pierwiastek magii do całości. Lalka uosabiająca pana Tobiasza jest bardzo wiarygodna i ładnie (a chwilami fantastycznie) animowana, za co ukłony należą się aktorom. Na niekorzyść opracowania plastycznego działają niestety pozostałe postacie (nie wszystkie), np. osobliwe, latające dzieci-książki wyglądem przypominają zdeformowane, barokowe putta. Scenografię uzupełniały projekcje multimedialne (Jakub Oleg Wojciechowski), które estetycznie wpisywały się w klimat całości.

„Pan Tobiasz i książki” jest sympatyczną i prostą historią o tym, że książki umierają, gdy są nieczytane. Spójna, lekko magiczna opowieść, która nie infantylizuje dzieci, a pokłada wiarę w ich spostrzegawczość i umiejętność empatii. Spektakl dla mniejszych i większych, trwający niespełna godzinę, a na pewno jej warty – szczególnie teraz, gdy jesień jest tuż-tuż.

Data publikacji:
19.09.2017

Miejsce publikacji:
http://www.teatrdlawas.pl/

Recenzowany spektakl:
PAN TOBIASZ I KSIĄŻKI

I tylko zapachu książek nieco brak
Stefan Drajewski, Głos Wielkopolski

Niemal bez słów, na granicy pantomimy, "Pan Tobiasz i książki" mocno otwierają sezon jesiennych premier w Teatrze Animacji

Opowieść o księgowym Tobiaszu obywa się prawie bez słów. Pan Tobiasz był księgowym, który wiódł życie wśród liczb. Obracał się między tabelami. Nuda, powtarzalność, perfekcja... Aż tu pewnego dnia stosy rozporządzeń, segregatorów zamieniły się w starą bibliotekę, a arkusze z liczbami zamieniły się w książki. Księgowy zaś "przepoczwarzył się" w bibliofila (?), bibliotekarza (?), pisarza (?). Litery i słowa zastąpiły liczby, a pióro - liczydło i kalkulator.

Spektakl "Pan Tobiasz i książki" to wzruszająca opowieść inspirowana filmem animowanym "The Fantastic Flying Books of Mr. Morris Lessmore". Teatr rządzi się innymi prawami, a teatralna wersja niczego nie naśladuje.

Premierowy spektakl w Teatrze Animacji przypomina trochę pantomimę, a może nawet układ choreograficzny na lalkę i animowane przedmioty do "rozwijającej" się w czasie i przestrzeni muzyki Macieja Kuśnierza. Fantastyczne są lalki i scenografia Juliji Skuratovej, które ożywiają doskonali aktorzy Teatru Animacji. A jeśli czegoś brak, to tylko kurzu i charakterystycznego zapachu książek...

Data publikacji:
18.09.2017

Źródło publikacji:
http://www.e-teatr.pl/

Recenzowany spektakl:
PAN TOBIASZ I KSIĄŻKI