Zima, wiosna, lato, jesień... i zima
Maria Maczuga, kultura.poznan.pl

Na początku był trójkąt. Trójkąt wydał dźwięk. Dźwięk z trójkąta wydobył aktor. Spadł biały, trójkątny płatek śniegu. Dwa płatki. Trzy. Cztery. I "Pory roku" poszły jak z płatka.

W spektaklu próżno doszukiwać się spójnej, rozbudowanej fabuły. Zastąpiono ją czasem - nie fizycznym, ale astronomicznym. Słońce i Księżyc rytmicznie zamieniają się rolami. Mają wpływ na to, że: pada śnieg, kiełkują kwiaty, pełzają młode gąsienice, żaby dają wieczorny koncert, przylatują bociany, kraby wygrzewają się na plaży, pada deszcz, liście żółkną i opadają, skrzy się szron. Czas zamyka się w cyklu rocznym, od stycznia do grudnia, od zimy do zimy.

Powstała piękna, prosta historia. Sztuka pozbawiona jest mocnego przekazu, głębokich znaczeń, ani nawet nie skrywa niespodzianek przekłamujących rzeczywistość, mimo to urzeka. Sukces tkwi w zestawieniu ze sobą dwóch teatralnych języków, zrodzonych w odmiennych kulturach oraz estetykach, i połączeniu ich w nową jakość. Do pracy nad spektaklem przystąpili artyści z Polski i Japonii. Każdy wniósł najlepsze, najbardziej wymowne i najbardziej charakterystyczne elementy własnego teatru, tworząc wspólne, spójne i uniwersalne dzieło. Powstał teatr międzynarodowy.

Nierozerwalne trio: figura, aktor i dźwięk, budują poszczególne sceny. Jak się okazało, każdą roślinę, zwierzę, przedmiot można przedstawić za pomocą trójkąta lub kilku, odpowiednio wprawionych w ruch ręką animatora i uzupełnionych indywidualnym dźwiękiem. Znaczenia tak powstałych obrazów nasuwają się same, bez słownych dopowiedzeń.

Trójkąty zdominowały scenę, mimo że malutkie, bądź co najwyżej średnie, i nie pojawia się ich nigdy jednocześnie zbyt wiele. Wielkie, które nie są animantami, lecz elementami scenografii, czasem układającymi się w parawan przysłaniający animatorów, przez zastosowanie bieli i szarości stają się neutralne na tle pozostałych kolorowych figur. Twórcy nie szarżują z barwami, wystarczają im te podstawowe. Nie łączą też kolorów, gdy tworzą poszczególne postacie, wyjątek stanowią ptaki. Stworzeń najczęściej na scenie jest kilka w tym samym czasie, a mądrze rozplanowany  ruch, wywołuje złudzenie przestrzeni mieniącej się barwami. Zachwyca moment, gdy żółta gąsienica wędruje po zielonej łodyżce kwiatu, zamienia się w kokon i nagle do góry wzlatuje żółty motyl. Bawi odkrycie ile znaczeń można wydobyć z tej samej figury. Wielki grzyb w rękach animatora staje się parasolem, a następnie koszem na grzybki, które wyrosły po deszczu.

Artyści wcielają się w kilkanaście ról i trzy funkcje: animatorów, aktorów, muzyków. We wszystkich zadaniach sprawdzają się doskonale. Każda osoba stanowi część sprawnie działającego zespołu, jednego organizmu, w którym czasem trzeba wysunąć się na pierwsze miejsce, innym razem zniknąć za plecami kolegi, a jeszcze kiedy indziej zsynchronizować najdrobniejszy ruch z partnerem. Animatorzy ubrani na czarno, ale tak, aby każdy czymś się wyróżniał (kaszkietem czy spódniczką), czasem znikają za figurami, innym razem je dopełniają. Chór fałszujących żab nie byłby tak zabawny, gdyby nie umiejętna kontrola brzmienia głosu przez artystów i mimika, obrazująca relacje między zwierzątkami. Waleczne wrony zyskują drapieżny wizerunek dzięki ciemnym okularom, które nakładają aktorzy. Artyści czasem puszczają oko do widowni dystansując się do świata przedstawianego. Publiczność głośno się śmieje ze sceny pogoni za kurą, gdy tułów lisa nie nadąża za jego głową.

Aktorzy mają też swoje "pięć minut" - kilka sekund na zaskarbienie sympatii widzów popisem pantomimy i clownady. Odgryziony przez żółwia palec, to powód do radości, a nie rozpaczy. Niekiedy artysta znika, tak jak w przepięknej scenie z bocianami. Gdy ptaki łączą się w parę, muzycy z instrumentami wydającymi dźwięk klekotania, stoją bardzo blisko animantów, lecz schowani, aby wzmocnić, a nie przyćmić wymowę romantycznego obrazu.

Muzyka na scenie nie milknie. Lekka melodia gitary najczęściej stanowi tło. W epizodach łączących poszczególne sceny artyści potrafią zażartować, spektakularnie fałszując na trąbce. Największe wrażenie robią dźwięki zespojone z animantami. Czasem animatorzy nucą ptasie melodie, innym razem je wygrywają. Numerem popisowym okazał się blues stada wron. Flety i dzwonki świetnie imitują zwierzęce odgłosy. Nawet podwodny świat posiada swoją melodię. Ławica ryb porusza rytmicznie ogonkami. Meduzy siłą zmuszają muzyka do zmiany utworu. Ku wielkiemu zaskoczeniu i ogromnej uciesze publiczności, dźwięk potrafi wcielić się w stworzenie. Wystarcza piszczałka i długi czerwony żabi jęzor, żeby na scenie zobaczyć muchę. Gdy już wszystkie zwierzątka gdzieś instynktownie znikną, delikatne dzwoneczki oznajmiają nadejście zimy.

Pomysł Teatru Animacji na polsko-japońską współpracę okazał się genialny. Spotkanie zaowocowało wspaniałym familijnym spektaklem. Głęboko zakorzeniony japoński szacunek do natury odbija się w ujmujących scenicznych obrazach przyrody. Zamorska prostota, asymetria, ulotność i wrażliwość znakomicie przemawia do naszej słowiańskiej wyobraźni. Wspólne uwielbienie szczęśliwych zakończeń wywołuje mnóstwo śmiechu.

Źródło publikacji:
http://kulturapoznan.pl/

Data publikacji:
2.10.2016

Recenzowany spektakl:
PORY ROKU

Zima, wiosna, lato, jesień... i zima
Maria Maczuga, kultura.poznan.pl

Na początku był trójkąt. Trójkąt wydał dźwięk. Dźwięk z trójkąta wydobył aktor. Spadł biały, trójkątny płatek śniegu. Dwa płatki. Trzy. Cztery. I "Pory roku" poszły jak z płatka.

W spektaklu próżno doszukiwać się spójnej, rozbudowanej fabuły. Zastąpiono ją czasem - nie fizycznym, ale astronomicznym. Słońce i Księżyc rytmicznie zamieniają się rolami. Mają wpływ na to, że: pada śnieg, kiełkują kwiaty, pełzają młode gąsienice, żaby dają wieczorny koncert, przylatują bociany, kraby wygrzewają się na plaży, pada deszcz, liście żółkną i opadają, skrzy się szron. Czas zamyka się w cyklu rocznym, od stycznia do grudnia, od zimy do zimy.

Powstała piękna, prosta historia. Sztuka pozbawiona jest mocnego przekazu, głębokich znaczeń, ani nawet nie skrywa niespodzianek przekłamujących rzeczywistość, mimo to urzeka. Sukces tkwi w zestawieniu ze sobą dwóch teatralnych języków, zrodzonych w odmiennych kulturach oraz estetykach, i połączeniu ich w nową jakość. Do pracy nad spektaklem przystąpili artyści z Polski i Japonii. Każdy wniósł najlepsze, najbardziej wymowne i najbardziej charakterystyczne elementy własnego teatru, tworząc wspólne, spójne i uniwersalne dzieło. Powstał teatr międzynarodowy.

Nierozerwalne trio: figura, aktor i dźwięk, budują poszczególne sceny. Jak się okazało, każdą roślinę, zwierzę, przedmiot można przedstawić za pomocą trójkąta lub kilku, odpowiednio wprawionych w ruch ręką animatora i uzupełnionych indywidualnym dźwiękiem. Znaczenia tak powstałych obrazów nasuwają się same, bez słownych dopowiedzeń.

Trójkąty zdominowały scenę, mimo że malutkie, bądź co najwyżej średnie, i nie pojawia się ich nigdy jednocześnie zbyt wiele. Wielkie, które nie są animantami, lecz elementami scenografii, czasem układającymi się w parawan przysłaniający animatorów, przez zastosowanie bieli i szarości stają się neutralne na tle pozostałych kolorowych figur. Twórcy nie szarżują z barwami, wystarczają im te podstawowe. Nie łączą też kolorów, gdy tworzą poszczególne postacie, wyjątek stanowią ptaki. Stworzeń najczęściej na scenie jest kilka w tym samym czasie, a mądrze rozplanowany  ruch, wywołuje złudzenie przestrzeni mieniącej się barwami. Zachwyca moment, gdy żółta gąsienica wędruje po zielonej łodyżce kwiatu, zamienia się w kokon i nagle do góry wzlatuje żółty motyl. Bawi odkrycie ile znaczeń można wydobyć z tej samej figury. Wielki grzyb w rękach animatora staje się parasolem, a następnie koszem na grzybki, które wyrosły po deszczu.

Artyści wcielają się w kilkanaście ról i trzy funkcje: animatorów, aktorów, muzyków. We wszystkich zadaniach sprawdzają się doskonale. Każda osoba stanowi część sprawnie działającego zespołu, jednego organizmu, w którym czasem trzeba wysunąć się na pierwsze miejsce, innym razem zniknąć za plecami kolegi, a jeszcze kiedy indziej zsynchronizować najdrobniejszy ruch z partnerem. Animatorzy ubrani na czarno, ale tak, aby każdy czymś się wyróżniał (kaszkietem czy spódniczką), czasem znikają za figurami, innym razem je dopełniają. Chór fałszujących żab nie byłby tak zabawny, gdyby nie umiejętna kontrola brzmienia głosu przez artystów i mimika, obrazująca relacje między zwierzątkami. Waleczne wrony zyskują drapieżny wizerunek dzięki ciemnym okularom, które nakładają aktorzy. Artyści czasem puszczają oko do widowni dystansując się do świata przedstawianego. Publiczność głośno się śmieje ze sceny pogoni za kurą, gdy tułów lisa nie nadąża za jego głową.

Aktorzy mają też swoje "pięć minut" - kilka sekund na zaskarbienie sympatii widzów popisem pantomimy i clownady. Odgryziony przez żółwia palec, to powód do radości, a nie rozpaczy. Niekiedy artysta znika, tak jak w przepięknej scenie z bocianami. Gdy ptaki łączą się w parę, muzycy z instrumentami wydającymi dźwięk klekotania, stoją bardzo blisko animantów, lecz schowani, aby wzmocnić, a nie przyćmić wymowę romantycznego obrazu.

Muzyka na scenie nie milknie. Lekka melodia gitary najczęściej stanowi tło. W epizodach łączących poszczególne sceny artyści potrafią zażartować, spektakularnie fałszując na trąbce. Największe wrażenie robią dźwięki zespojone z animantami. Czasem animatorzy nucą ptasie melodie, innym razem je wygrywają. Numerem popisowym okazał się blues stada wron. Flety i dzwonki świetnie imitują zwierzęce odgłosy. Nawet podwodny świat posiada swoją melodię. Ławica ryb porusza rytmicznie ogonkami. Meduzy siłą zmuszają muzyka do zmiany utworu. Ku wielkiemu zaskoczeniu i ogromnej uciesze publiczności, dźwięk potrafi wcielić się w stworzenie. Wystarcza piszczałka i długi czerwony żabi jęzor, żeby na scenie zobaczyć muchę. Gdy już wszystkie zwierzątka gdzieś instynktownie znikną, delikatne dzwoneczki oznajmiają nadejście zimy.

Pomysł Teatru Animacji na polsko-japońską współpracę okazał się genialny. Spotkanie zaowocowało wspaniałym familijnym spektaklem. Głęboko zakorzeniony japoński szacunek do natury odbija się w ujmujących scenicznych obrazach przyrody. Zamorska prostota, asymetria, ulotność i wrażliwość znakomicie przemawia do naszej słowiańskiej wyobraźni. Wspólne uwielbienie szczęśliwych zakończeń wywołuje mnóstwo śmiechu.

Źródło publikacji:
http://kulturapoznan.pl/

Data publikacji:
2.10.2016

Recenzowany spektakl:
PORY ROKU

Potęga i urok prostoty
Joanna Ostrowska, teatralny.pl

W ubiegłym sezonie w Teatrze Animacji mogliśmy oglądać znakomity spektakl Roberta Jarosza Lustrzana chmura, który swoją stylistyką nawiązywał do wyobrażeń o Kraju Kwitnącej Wiśni. W tym sezonie doczekaliśmy się japońskich klimatów w wykonaniu samych Japończyków. W ciągu ostatnich lat poznański teatr bardzo się umiędzynarodawia, co daje naprawdę znakomite efekty nie tylko w postaci przedstawień, ale także wielu zaproszeń na festiwale. Zapał i energia, jakie ostatnio emanują ze sceny, dają niebywałe efekty, zbudowane czasem z zaskakująco prostych elementów. Ostatni przykład: na pytanie, co można zrobić z trójkątów, twórcy spektaklu Pory roku odpowiadają bardzo prosto: zbudować cały świat!

Najnowsza premiera Teatru Animacji jest wynikiem współpracy poznańskich aktorów z japońskim reżyserem Tsubame Kusunoki oraz dwojgiem japońskich klaunów występujących jako Mashu i Kei. Myślę, że właśnie tradycja wizualna tej wyspiarskiej kultury – oszczędna, czysta i prosta, w połączeniu z bardzo ludycznym poczuciem humoru, zaprezentowana przy użyciu perfekcyjnie precyzyjnej animacji, zaowocowała tak wspaniałym spektaklem. 

Tytuł przedstawienia mógłby sugerować, że jest ono przeznaczone dla najmłodszych widzów, bo to oni w ramach edukacji katowani są stereotypowymi skojarzeniami z porami roku, kolejnością ich przechodzenia jednych w drugie. W spektaklu Kusunoki rok zakreśla pełne koło – zaczynamy zimą i zimą też kończymy, ale akcja przedstawienia to coś więcej niż tylko pokaz tego, jak zmienia się przyroda na Ziemi w zależności od etapu jej wędrówki dookoła słońca. Po pierwsze nie wszystkie skojarzenia z porami roku są dla polskich widzów oczywiste, zima niekoniecznie kojarzy się u nas z królikami, a lato z krabami. Po drugie – sposób budowania minihumoresek z jakich składa się to przedstawienie, sprawia iż równie ciekawe jest ono dla kilkulatków, jak i kilkudziesięciolatków. Ponieważ niemal cała narracja odbywa się poprzez obraz i muzykę, ani bariera językowa, ani kategorie wiekowe nie są tu istotne. Pozostaje wspaniała zabawa i kontemplacja animacji na najwyższym poziomie; prostej, bo zbudowanej wyłącznie przy użyciu różnokolorowych trójkątów, z których, jak się okazuje, lalkarze potrafią wyczarować absolutnie wszystko, a równocześnie bardzo finezyjnej.

Kiedy na widowni robi się ciemno, zza naszych pleców wyłania się ubrany na czarno mężczyzna (Marcel Górnicki), który gdzieś się śpieszy. Wita się z dziećmi (i tymi trochę większymi) po polsku i po japońsku. Przez resztę przedstawienia Górnicki będzie kimś w rodzaju akompaniatora, ale również pomocnika i wywołującego poszczególne obrazy. Dźwięki jego instrumentu (trójkąta oczywiście) wywołują zza trójkątnych zastawek pozostałą czwórkę aktorów. To oni będą tworzyć poszczególne postacie tego spektaklu. Są nie tylko animatorami różnokolorowych trójkątów, między nimi-aktorami, jakby obok czy ponad postacią, będą także zachodzić interakcje, ich gra wytwarza dodatkowy kontekst każdej sceny, której znaczenie budować się będzie na płaszczyźnie działań animantów i równolegle w żywym planie animatorów. Lalkarze-animatorzy występują więc w tym przedstawieniu przynajmniej na trzech płaszczyznach: animatorów właśnie, częściowo ukrytych w tle dzięki swoim czarnym strojom; postaci-dopełnienia animantów oraz aktorów jawnie wykonujących swoje działania jakby poza postacią.

Dotychczasowe trójkątne zastawki zostają zamienione w górskie stoki, skryte jedne za drugimi. Na ostrej krawędzi jednego z nich pojawia się saneczkarz-trójkąt, który zsuwa się w dół i siłą rozpędu podjeżdża na szczyt drugiej góry. Po chwili pojawia się kolejny trójkąt bawiący się w ten sam sposób, a za nim kolejny. Ten ostatni jest jednak znacznie większy niż dwa pierwsze i nie daje rady podjechać na szczyt. W tym momencie zabawna scenka zmienia się w poglądową lekcję fizyki. Dwa mniejsze trójkąty spychają większy trójkąt, początkowo zbyt słabo, by mógł się ruszyć. Potem zjeżdżają na niego z samego szczytu góry, co pozwala dzięki połączonej masie i ich prędkości przepchnąć olbrzyma pod górę. Mamy więc w jednej scenie trzy wspaniałe plany: ilustrację praw fizyki; naukę, że współpraca pozwala przezwyciężyć trudności, oraz zabawną i precyzyjną animację. 

Na tego rodzaju scenach zbudowane jest całe przedstawienie, przy czym jego plan edukacyjny (jak wygląda świat w różnych porach roku) zdecydowanie jest tu tłem, najważniejsze są scenki – narracyjnie perfekcyjne, choć dość krótkie, nierzadko przewrotne, niemal zawsze zabawne. Do moich ulubionych należy ta z wiosennym chórem żab, z kwoką broniącą swojego kurczaka przed lisem, z zakochanymi bocianami oraz z wronami na bezlistnym drzewie. Chór żabi to cztery postacie zbudowane z trzech zielonych trójkątów każda. Jeden, stojący na przeciwprostokątnej, to żabi korpus, dwa pozostałe, zwrócone do siebie przeciwprostokątnymi, tworzą przepaścistą żabią paszczę. Animatorzy poruszają jedynie dwoma górnymi, symulując ruch żabich ust. Na początku sceny okazuje się, że żaby ustawiły się w złym porządku, dźwięki wydawane przez kolejne z nich nie tworzą harmonijnej gamy. Dyrygent zmienia więc ich kolejność i kiedy wydaje się, że już nic nie zakłóci śpiewu, daje się słyszeć dźwięk lecącej muchy. Najstarsze lazzo świata zostaje tu jednak przełamane kolejnym gagiem. Kiedy pierwsza mucha znika w paszczy żaba (Marcel Chomiński), wciągnięta tam przez dmuchany język, który znienacka wyskakuje spomiędzy górnych trójkątów, przylatuje kolejna. Na tę namierza się żabka obok (Kei) – widzimy, jak aktorka przygotowuje taką samą dmuchawkę, jakiej użył Chomiński. On jest jednak szybszy i kolejna mucha znika w paszczy jego żaba. Te uczucia, których nie są w stanie oddać papierowe trójkąty (triumf i rozczarowanie), wygrywają twarze aktorów. Uzupełnianie się tych dwóch planów: animatorów i animantów, dopełnianie finezji prostych obrazów precyzyjną grą aktorską powoduje, że spektakl jest w stanie stworzyć wielowymiarowe i jakże zabawne obrazy prezentowanych sytuacji. Bardzo dobrze ilustruje to scena z zakochanymi bocianami, w której twarze aktorów oraz ich przedramiona i dłonie grające szyje i głowy ptaków, uzupełnione wydłużonymi czerwonymi trójkątami-dziobami idealnie współpracują ze sobą i klekoczącym dźwiękiem, budując niezwykle przekonywający i niemal naturalistyczny obraz tych ptaków. Czasem na pierwszy plan wysuwa się nie perfekcja i pomysłowość animacji, lecz stworzenie zabawnej historii, jak dzieje się w scenie pogoni i ucieczki kury przed lisem (i odwrotnie), w której to dzielna matka, ciągnąc za obowiązkowo trójkątny lisi ogon, uwalnia swoje połknięte kurczątko. Mamy tu do czynienia z czystym slapstickiem, który jednakże podporządkowany jest bardzo precyzyjnej animacji.

Estetyczna strona tego przedstawienia może być dla młodych widzów znakomitą lekcją teatru – tego, że da się go robić z tego, co akurat ma się pod ręką: że rząd trójkątów może zamienić się w wyginającą się dżdżownicę, po to by chwilę później stać się koroną kwiatu, że dwa złożone razem trójkąty świetnie udają skrzydła, a postawiony na kącie prostym równoramienny trójkąt, zza którego wystają rozcapierzone palce, to idealny wizerunek kraba. Pory roku to magia animacji w czystej postaci, a taka prawdziwa magia ma siłę zaczarować i dużych, i małych.

Data publikacji:
12.10.2016

Źródło publikacji:
http://teatralny.pl

Recenzowany spektakl:
PORY ROKU